sobota, 28 listopada 2015

Rozdział 1

Rozdział 1

  - Albusie, przyjdź do mnie jutro, by zmienić opatrunek. A ty Jamesie, uważaj na brata. - poleciła pani Pomfrey zakładając młodszemu Potterowi opatrunek na nos.
  - Dziękuję pani Pomfrey. - powiedział Al wstając z krzesła. T-shirt miał trochę poplamiony krwią.
  Wyszli na korytarz. James był wyższy od Albusa, gdyż był rok starszy. 
  - Rose?! Co ty tu robisz? - zapytał zaskoczony James widząc kuzynkę. Jego ręka machinalnie przeczesała włosy.
  - Czekam - przewróciła oczami Roseanna i pomachała swobodnie kasztanowymi lokami. - Idziecie do dormitorium?
 - No raczej - westchnął szukający Gryffindoru. - Mamy za kilka tygodni mecz z Puchonami. Ostatnio zmienili obrońcę. Podobno jest  dobry. Wyzdrowiejesz do tego czasu, prawda Al?
 - Wiadomo, że obrońca Puchonów jest dobry. Przecież to Carmit Roovlebley! - ekscytował się jakiś pierwszoroczniak stojący obok.
 - Możesz się nie wtrącać w naszą rozmowę? - spytał Albus, a jego wzrok skierował się gdzieś ponad głową młodego z Hufflepuffu. Zauważył ciemne oczy, ciemnobrązowe włosy i zadarty nos.
 - Slashy! Jak się cieszę, że Cię widzę! - podszedł do niej. Była od niego trochę niższa i miała oliwkową cerę. Jej włosy zwykle uczesane w kok, teraz zwisały luźno upięte w kucyk. Jej długie rzęsy trzepotały jak najdelikatniejsze skrzydełka motyla. W rękach miała trzy książki.
 - Cześć, Albus! - uśmiechnęła się do niego Krukonka. - Co u ciebie? Co ci się stało w nos?
 - Ach, to James. Później wszystko opowiem. - wręczył jej dyskretnie karteczkę. - Do zobaczenia. - uśmiechnął się do niej i spojrzał za siebie. Rose i James już poszli.
 - Do zobaczenia, Albusie - powiedziała i się rozeszli.
 Albus cieszył się. Lovelief już od początku mu się podobała. Na pierwszym roku chciał, żeby trafiła do Gryffindoru. Niestety, trafiła do Ravenclaw. Nie zauważył, kiedy trafił pod portret Grubej Damy.
 - Podasz hasło, czy ci się nie chce? - spytała z obrazu.
 - E... - zastanowił się - Carmel Radices*.
 - Tak, hasło jest poprawne. Proszę wejść.
 Rama otworzyła się. Albus wlazł do dziury pod portretem. Przypomniał sobie o eseju na  eliksiry na pojutrze. Mixerra go zastrzeli.


W tym samym czasie...

 Slashy odeszła. Nie wierzyła sama sobie. Albus Potter zaprosił ją na... nie wiedziała, czy można o tym powiedzieć jako o randce, czy zwykłym spotkaniu, tak po przyjacielsku. Przypomniała jej się karteczka. Doszła do biblioteki i odłożyła książki na biurko.
 Rozwinęła karteczkę.


  Droga Slashy!
  Co do naszego spotkania, w tym liście otrzymasz wskazówki.
   
Tam, gdzie nic się nie liczy,
Gdzie tarcze rysują się w oknach,
Gdzie gwiazdy widzą twe oczy,
Gdy na nie spoglądasz.
 Gdzie cisza zwycięża nad hałasem,
Gdzie nikogo dziś tam prócz nas nie będzie.
Skąd widać mgiełkę nad lasem,
Skąd widać co dzieje się wszędzie.

 O godzinie 19:00 w jeworageZ yżeiW. 
 Przyślij do 18:00 potwierdzenie, że będziesz i ładnie się ubierz.
                                                                          Twój przyjaciel, który pisze beznadziejne wiersze,
                                                                                                Albus

~*~
 - Al? Wychodzisz? - spytał James jak zwykle przeczesując włosy. Nos Albusa już wydobrzał niespodziewanie i nie musi nosić opatrunku.
 - Nie widać? - Albus nawet się nie odwrócił. 
 - Mogę wiedzieć, gdzie? - James wstał z kanapy i rzucił podejrzliwe podejrzenie Albusowi.
 - Nie, nie możesz. - Al doszedł już do dziury pod portretem, gdy odezwała się Rose.
 - A ja mogę wiedzieć? - zapytała patrząc na starszego Pottera ze zniecierpliwieniem. Taktownie byłoby teraz wyjść.
 James nie zrozumiał spojrzenia kuzynki, lecz oddalił się, a to było najważniejsze. Rose podeszła do Albusa i położyła dłoń na jego ramieniu.
 - Nie powiem Jamesowi - szepnęła do niego.
 - Idę do Slashy Lovelief, do Wieży Zegarowej - powiedział. - Mogę iść? Już prawie dziewiętnasta.
 - Idź. Nie powiem mu.

~*~

 - O, Jesteś Al.
 Na Wieży wybiła godzina 19:00. Z cienia wyszła Slashy. Ubrana w bladoniebieską sukienkę prawie do kolan, podeszła do Albusa. Stawiała pewne kroki kołysząc włosami zrobionymi na loki. Al zrzucił z siebie szatę, pod którą ukrywał garnitur. Machnął różdżką w górę.
 - Choris** - szepnął, a wieżę przepełniła lekka muzyka.
 Tańczyło im się bardzo miło i leciutko. Obroty, kroki - wszystko zdawało się płynąć jak kwiat po tafli jeziora, gładko i ładnie.
 Minęła godzina. Albus wyczarował kanapę, na której usiedli. Patrzyli sobie głęboko w oczy. Albus wziął Slashy za rękę, a ona poczuła rozpływające się po jej ciele szczęście. Zatańczyli jeszcze dwie piosenki, po czym Al wyjął pelerynę niewidkę. 
 - Co to... - zaczęła Lovelief, ale Albus już zarzucił pelerynę. - Al? - spytała z nutką przerażenia w głosie.
 Al zdjął pelerynę. Stał w tym samym miejscu co wcześniej. 
 - Peleryna Niewidka - mruknął.
 Razem upchnęli się pod Niewidką i poruszali się zgodnie ze wskazówkami Mapy Huncwotów.
 Gdy dotarli na wieżę Zachodnią była już 20:30. Pożegnali się pod drzwiami bez klamki. Oboje jako najszczęśliwsi ludzie na świecie.

~*~

 - A co ty o tej porze robisz tutaj, Albus? - spytał Salabastian Mixerra, opiekun Slytherinu i nauczyciel eliksirów.
 - Przepraszam, panie profesorze - wydukał Potter. 
 - Ochm, co tam się dzieje? - spytał profesor sam siebie i odszedł. Al zauważył, że puścił do niego oczko.
 Minął zakręt i stanął jak wryty. Rose rozmawiała z tą tlenioną fretką! Z tym arystokratycznym tyłkiem! Z... wrogiem! Z Malfoy'em!
 Zamiast ich nakryć postanowił podsłuchać.
 -Och, Scorpio, nie przejmuj się.
 - Może ci jakoś pomóc?
 - Nie, on wróci. zawsze wraca.
 - To dobrze, bo nie chcę mieć problemów z tym idiotą!
 - A co się tyczy Lily...
 - Omówiliśmy już sprawę.
 - No tak... to ja idę. nie chcę zostać nakryta.
 - Cześć.
~*~

 Lilka wstała. Czuła jak głowa jej pęka. Postanowiła się udać do pani Pomfrey.
 - Dzieńdobry, proszę pani.
 - Ach, kolejny Potter. Co dolega?
 - Głowa mi pęka - westchnęła Lily.
 - Uhm, sprawdzimy to.
 Po wstępnym badaniu pani Pomfrey stwierdziła, że Lily choruje na Curvarum Hemispheres***.
 - To niegroźna choroba. Pod wpływem jakiegoś impulsu jedna z półkul mózgowych poszerza się lub puchnie. Na razie zostaniesz w skrzydle szpitalnym, ale nic poza bólem głowy ci nie grozi. Po jakimś czasie półkula znów wróci do naturalnych rozmiarów. A teraz się połóż.

 *Carmel Radices - w moim opowiadaniu dokładnie Karmelowe korzonki. Będzie na zielarstwie ;)
 **Choris - nie wiem, czy w ogóle jest takie zaklęcie. Choris to po łacinie Tańce. w moim opowiadaniu to zaklęcie wytwarza w powietrzu muzykę płynącą nie wiadomo skąd.
 ***Curvarum Hemispheres - wymyślona przeze mnie choroba. Przychodzi i odchodzi tak szybko jak mugolskie przeziębienie.
__________________________________________
Witam! Rozdział jest, to do czytania!
uśmiecham się i proszę o komentarze,
Expecto Patronum































































































































































































































































































































































++



































































































































































































































++



















































































































sobota, 21 listopada 2015

Prolog

 "Ludzie potrafią się zmienić, nawet ci źli, ale tylko jeśli sami tego chcą."
                                                                                                  Autorka Bloga

Prolog

  - Przepraszam Cassie! Naprawdę nie chciałam! - zaczęła przepraszać Lilka. 
  - Przepraszasz? I co mi z twoich przeprosin? Bluzka się nie wyczyści! - złościła się Cassandra Sonnet pokazując palcem plamę z sosu pomidorowego na swojej nowej koszulce z krótkim rękawem. 
  - Zostaw ją, Sonnet - warknął znany Lily głos. Przełknęła głośno ślinę.
  - Och, Scorpio! Ty jej bronisz? - Cassandra wybałuszyła oczy.
  - Tak. Nie słychać? Jesteś bardziej pusta niż podejrzewałem. Jesteś nadmuchaną plastikową kukłą! - rzucił w stronę dziewczyny z poplamioną bluzką, po czym odszedł, a echo jego obcasów z pantofli odbijało się na korytarzach jeszcze kilka minut.
~*~
  - James! Oddaj mi moje zdjęcia! To mój album! No weź! - wołał rozpaczliwie Albus, gdyż jego brat James Syriusz zabrawszy mu jego album ze zdjęciami znanych osobistości quidditha nie chciał mu go oddać. Zaczęli się bić kiedy do Pokoju Wspólnego Gryfonów wpadła zdenerwowana Lily.
 - Lilka? Co ci? Halo? Czy ty mnie w ogóle słyszysz? - zadawał pytania Ten Przystojniak swojej siostrze, wstając i otrzepując się z kurzu, na którym leżał przed chwilą. Do rudowłosej jakby nic nie docierało.
 - Na pewno nic ci nie jest? - spytał Al także wstając. Z jego stłuczonego nosa kapała krew spadając na okładkę albumu.
  Lilka zamruczała coś pod nosem, by po chwili krzyknąć.
  - Nie wiecie, kto mnie musiał bronić! Zostałam poniżona!  Nic już się nie zmieni! A najbardziej nienawidzę tego arystokratycznego durnia! - wrzeszczała, a jej twarz zdobiło coraz więcej piegów. Lily była bardzo zdenerwowana.
  - Jak możemy tobie pomóc? - spytał grzecznie Al siadając na szkarłatnej kanapie obok Lilki.
  - Nie wiem. 
  - Ja wiem. - powiedział głos tak dobrze im znany, że zdziwili się, słysząc go w Salonie Gryfiaków.
  - A ty co tutaj robisz, panie Tleniony? Zgubiłeś może kolegów? - spytał James podchodząc do niego. Stanęli twarzą w twarz około dwóch stóp od siebie.
  - próbuje wam pomóc. - westchnął i przeniósł wzrok na czubki swoich butów.
  To było nie mniej dziwne.
____________________________________________
Witam! Mamy prolog! Jest super!
pozdrawiam, ExpectoPatronum